Luty
PonWtoSroCzwPiaSobNie
28293031123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728123

Mamed Chalidow

  • Dyscyplina: MMA
  • Data ur.: 17.07.1980 (38)
  • Wzrost: 183 cm
  • Waga: 85 kg
  • Trener: Dałudov Rizwan

Grozny to miasto położone w południowo-zachodniej Rosji, na terenie Republiki Czeczeńskiej. Bomby i odbudowa tego co z niego pozostało – to wpisuje się w jego najnowszą historię. O ile obecnie w mieście daje się całkiem przyzwoicie żyć, tak jeszcze kilkanaście lat wstecz, było to piekło na Ziemi…

17 lipca 1980 roku na świat przyszedł Mamed Chalidow. Już od młodzieńczych lat przejawiał zamiłowanie do sportów walki. Jego przygoda rozpoczęła się od karate shotokan. 12 lat to bardzo dobry wiek, żeby rozpocząć treningi. Chalidow jest tego doskonałym przykładem, choć nie udałoby mu się poznać choćby podstaw tej odmiany karate bez osoby Dałudova Rizvana. Pierwszy trener Mameda, pierwszy mentor i pierwszy, który nauczył go czytać Koran i modlić się. Jak się miało okazać, wiara miała być bardzo ważnym elementem w życiu Chalidowa.

Wcześniej jednak ważnym elementem w życiowej układance przyszłego zawodnika MMA, był Rizvan. Oprócz Khalidova trenował grupę około 25 chłopców. Jak sam Chalidow wspomina, każdemu z nich poświęcał tyle czasu ile tylko było potrzeba. Od swoich podopiecznych dostawał zaangażowanie w treningi i szacunek. Młody Mamed dojeżdżał autobusem w góry, gdzie znajdowała się sala treningowa. Miejsce gdzie trenowała grupa chłopców nie mających innych perspektyw na życie niż bijatyka, było sklecone w starym rosyjskim hangarze. Nikt jednak nie wybrzydzał.

Po dwóch latach treningu, do Groznego przyszły straszne czasy. Bombardowanie miasta zmusiło ród Chalidowa do ucieczki do rosyjskiego Kanova. Nawet wojna nie zmusiła jednak naszego bohatera do zaprzestania treningów. Tym razem jednak praktyka była koniecznością. W każdej chwili mógł być zaciągnięty do wojska, mimo, że miał dopiero 14 lat…

Udało się przeżyć ciężki czas aż działania wojenne ucichły. Mamed już wtedy wiedział, że jedyna jego szansą na osiągnięcie czegoś w życiu, była ucieczka do Europy. Pozostawała jeszcze Azja, ale jak się dobrze zastanowić, nie wiadomo gdzie byłoby gorzej – w Czeczni, czy na Bliskim Wschodzie. Pojawiła się możliwość podjęcia studiów. W grę wchodziły trzy kraje – Francja, Egipt i Polska. Mamed wybrał kraj nad Wisłą, o którym wiedział tyle, że… był najbliżej z całej trójki i ostatecznie to przesądziło o jego życiowej wyprawie.

W wieku 17 lat przeniósł się do Wrocławia, gdzie podjął naukę języka polskiego. Dodajmy jednak, że sam wyjazd i pomysł o studiach, nie wypłynął od Mameda, który im bliżej daty opuszczenia rodzimego kraju, miał coraz więcej wątpliwości. Rodzice jednak byli pewni – tylko tak uchronią swoje dziecko od wszystkich nieszczęść jakie spotkałyby go w Czeczenii.

Zanim jednak dotarł do docelowego Wrocławia, w Polsce pierwszym miastem jakie zobaczył był Kraków. Po perypetiach z dojazdem, właśnie tam trafił Mamed wraz ze swoimi kompanami, którzy również postanowili wyrwać się ze wschodniej niedoli. Całej, prawie 30-osobowej grupie udało się w końcu dotrzeć do nadodrzańskiego miasta. Chalidow wcale nie czuł wtedy ulgi, że podróż dobiegła końca. Czuł niepokój i strach. Po kilku miesiącach odwiedził rodzinę w Czeczenii i gdy miał już wracać do Polski, już na początku drogi zawrócił i obrał kurs znów na rodzinną Czeczenię. Rodzice i wuj odwiedli go jednak od tego pomysłu i zakorzenili w głowie myśl, że studia są w tej chwili najważniejsze, więc musi wrócić do coraz bardziej niechcianej Polski.

Wrocław potrzebny był mu tak naprawdę tylko po to, aby zakończyć kurs językowy, po czym przeniósł się na północ, do Olsztyna i wreszcie podjął studia. Kierunek zarządzanie i administracja na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim nie sprawił mu większych trudności i pozwolił zdobyć zabiegane przez rodziców wykształcenie. Po raz kolejny udowodnił, że potrafi połączyć naukę z treningami. Zainteresował się taekwondo, boksem i zapasami. Na tyle, że zaczął je amatorsko trenować. Nie startował w żadnych zawodach, nie zdobywał większego doświadczenia, ale nabrał za to pewności siebie, która pozwoliła mu coraz lepiej czuć się w Polsce.

Na jego szczęście w Olsztynie otworzono w 2004 roku klub MMA Arrachion. Był to moment zwrotny w jego sportowej karierze, która tak naprawdę wtedy wystartowała. Zapisał się do klubu, trenował, w końcu pojechał na zawody i... trzykrotnie przegrywał! Wszystkie walki stoczył na Litwie, gdzie Arrachion nawiązał silne kontakty i zapraszano zawodników z Polski do Wilna i innych miast. Jak na prawdziwego wojownika, Mamed wyniósł z tych porażek cenne doświadczenie, które miało zaprocentować w przyszłości.

Polska nie jest krajem idealnym do życia dla ludzi innego wyznania. Czasy się zmieniają i tolerancja jest coraz większa, jednak jeszcze w latach 90-tych muzułmanin w naszym kraju nie miał łatwo. Mimo to Chalidow nie miał z tym problemów. Jego tradycyjnymi już praktykami jest wstawanie o 2. w nocy, mycie się, modlitwa… Dodatkowo co piątek zbiera się z innymi wyznawcami islamu, aby wspólnie czytać Koran. W okresie ramadanu natomiast, nie trenuje, nie walczy ani w podczas jego trwania, ani około dwa miesiące po nim. Jak sam przyznaje, takie zasady wcale nie utrudniają mu kariery zawodnika, a tylko umacniają charakter człowieka.

Nie ma wątpliwości, że wiara bardzo mu pomogła – dzięki niej nie załamał się po początkowych porażkach. W barwach Arrachionu Olsztyn zdobył Międzynarodowe Mistrzostwo Polski w kategoriach do 90 i do 85 kilogramów. Zostało to zauważone przez największą i prężnie rozwijającą się federację MMA w Polsce – KSW. Przygoda z Konfrontacją rozpoczęła się w 2007 roku, jednak już rok później podpisał kontrakt na walki w USA na gali EliteXC. Miał tam stoczyć 4 pojedynki i rozpoczął w piorunujący sposób pokonując Jasona Guidę przez techniczny nokaut. Efektowne zwycięstwo okupił jednak kontuzją złamanego palca u ręki. Na jego szczęście nie wykluczyło go to ze startów w kolejnych pojedynkach, co wiązałoby się z konsekwencjami kontraktowymi, ponieważ EliteXC zawiesiła działalność, właśnie przez brak płynności finansowej… Przyszłość Mameda miała być więc związana z KSW. Zadebiutował na 7 Kontrontacji z Serbem trenującym w Niemczech Alexandrem Stefanoviciem przez techniczny nokaut. Zakończenie pojedynku wywołało pewne kontrowersje, ponieważ Mamed w ferworze uderzył przeciwnika w tył głowy. Rywal gdy już doszedł do siebie – a trwało to trochę – nie miał pretensji do reprezentującego Polskę zawodnika. Kolejne KSW i walka ze znanym nazwiskiem Davem Dalglieshem, którego poddaje w pierwszej rundzie przez dźwignię na staw łokciowy. KSW 9 w maju 2008 roku przyniosło mu rewanż ze starym znajomym z Litwy - Valdasem Pocevičiusem, który poddał Mameda 3 lata wcześniej na Shooto Lithuania. Czeczen wyciągnął jednak wnioski z tamtego pojedynku i tym razem to on udusił swojego rywala. Po raz kolejny znalazło przełożenie stare przysłowie, że porażka uczy więcej niż zwycięstwo. Jeszcze w tym samym roku świetna passa zwycięstw została zatrzymana przez Daniela Taberę. Sędziowie orzekli kontrowersyjny remis, który skrzywdził Chalidowa. Właśnie po tym pojedynku Khalidov zdecydował się na walki w USA. Debiut w EliteXC przypadł na walkę z Jasonem Guidą.

Mamed po raz pierwszy musiał zmierzyć się z presją publiczności, która ewidentnie trzymała korzyść Amerykanina, a podczas prezentacji zawodników w stronę Chalidowa odpalono salwy gwizdów. Nie zraziło go to, a swoją wartość postanowił pokazać w klatce. Także fakt rozgrywania tego pojedynku na nowym terenie – nie jak wcześniej na ringu, stawiał w roli faworyta Guidę. Jakby tego było mało, rywal reprezentanta Polski legitymował się bilansem 17-17, co może nie czyniło z niego najlepszego zawodnika świata, ale szalenie doświadczonego. Jego 34 profesjonalne walki było widać podczas walki. Mamed szalał w klatce i wykonał kilka chwytów, które skończyłoby większość zawodników z jakimi walczył na galach w Polsce. Guida jednak mimo, że był wolniejszy, sprawiał wrażenie bardzo silnego i nie miał zamiaru położyć się przed debiutantem. Amerykańscy komentatorzy rozpływali się w zachwytach nad nieprzewidywalnością zawodnika z KSW. Chalidow był lepiej przygotowany kondycyjnie, co było coraz bardziej widoczne w drugiej rundzie pojedynku. NA minutę i trzynaście sekund przed końcem drugiego starcia sędzia musiał przerwać pojedynek, ponieważ zbierający ogromne cięgi Amerykanin wypluł ochraniacz. Taktyka jaką stosuje wielu fighterów była jednak o tyle dziwna, że… ochraniacza nigdzie nie było! Przerwa na szukanie wyplutej zguby trwała blisko dwie minuty, podczas, których Guida bardzo ciężko oddychał, jednak doszedł w końcu do siebie. Sędzia był rozwścieczony całym zajściem, jednak nie mógł znaleźć odpowiedniego powodu do dyskwalifikacji amerykańskiego zawodnika, który odżył po przerwie. Khalidov natomiast jakby poczuł ból w prawej ręce, którą przez pewien okres czasu w ogóle nie uderzał. Jak się okazało po walce, złamał palec już w pierwszej rundzie, a przerwa spowodowana wypluciem ochraniacza przez rywala, sprawiła, że adrenalina, która tłumiła uczucie bólu, trochę opadła i polski zawodnik odczuwał niemały dyskomfort. Tym większy aplauz i szacunek wzbudza więc rozstrzygnięcie pojedynku. Guida wyglądał coraz gorzej, jednak nawet przez myśl nie przechodziło mu poddać walki. Mamed widząc to przepuścił furiacką serię bokserskich ciosów na głowę Amerykanina. Jego szczęście, że część ciosów przyjął na gardę, bo w innym wypadku, przedstawiałby się jako człowiek z pomidorem zamiast twarzy. Sędzia przerwał walkę przez techniczny nokaut, a Guido nie mógł uwierzyć w to co się stało. Odepchnął nawet sędziego, który jednak zachował spokój i po kilku chwilach podnosił rękę Chalidowa ogłaszając zwycięzcę.

EliteXC zbankrutowała, więc nasz bohater wrócił do Polski, oczywiście do KSW. Tak naprawdę nigdy nie rozstał się z federacją, a właściciele Martin Lewandowski i Marcin Kawulski stali nawet w jego narożniku podczas wojaży w Stanach Zjednoczonych. Było jednak jasne, że Chalidow potrzebuje już tylko bardzo mocnych przeciwników. Takiego też mu sprowadzono. Daniel Acacio miał za sobą występy w japońskiej organizacji Pride i walkę z Mamedem określano jako największe wydarzenie MMA w Polsce w całej historii tego sportu nad Wisłą. Z dużej chmury mały deszcz, a wszystko oczywiście za sprawą niesamowitego Khalidova, który niewiele ponad minutę rozprawił się z bardziej utytułowanym rywalem. Acacio otrzymał kilka tak mocnych ciosów, że zbierano go z ringu kilka minut. Przyszedł więc moment, aby znów zawojować zagranicę. Jeżeli w Stanach nie do końca wyszło, oczywistym kierunkiem wydawała się być Japonia. Na gali Sengoku 11 Mamed zaskoczył wszystkich obserwatorów i po ciosach w parterze przez techniczny nokaut pokonał Brazylijczyka. Pół roku później doszło do rewanżu podczas kolejnego Sengoku. Tym razem na szali wylądował pas mistrzowski. Polski zawodnik przegrał na punkty, a decyzja wywołała wielkie zniesmaczenie fanów MMA, nie tylko nad Wisłą. Decyzja była jednogłośna, co jeszcze bardziej dolewało oliwy do ognia. Polak był aktywniejszy i zadawał więcej groźnych ciosów, jednak przeważyła (według sędziów) kontuzja jakiej Khalidov nabawił się po ciosie nogą Santiago. Przegrana była pierwszym od 2005 roku pojedynkiem po którym w górę nie powędrowała ręka pochodzącego z Czeczenii zawodnika.

Już dwa miesiące później Mamed miał stoczyć kolejną walkę – oczywiście w Polsce. Potrzebował tego, żeby psychicznie odbudować się po kontrowersyjnej porażce w Tokio. Japońskie demony nie miały go jednak opuścić – na KSW 13 miał walczyć z Ryuto Sakuraiem. Już na samym początku walki, musiała zostać przerwana na kilka minut, ponieważ Chalidow przypadkowo posłał bardzo mocny cios w krocze zawodnika japońskiego. Ten długo dochodził do siebie i była bardzo realna sytuacja, że nie wstanie do dalszej walki i wygra przez dyskwalifikacje. Zachęcony brawami oraz buzującą samurajską krwią, Sakurai wstał, otrzepał się i walczył dalej. I to jak walczył! Pojedynek przebiegł na dystansie 4 rund, a sędziowie orzekli remis! Drugi remis Mameda, tym razem już bardziej zasłużony niż walka z Taberą. Nie brakowało jednak także głosów o tym, że to Sakurai powinien wygrać, tym bardziej, że w dogrywce mieliśmy identyczną sytuację jak na początku walki – znów Japończyk otrzymał cios w „czułe miejsce”, ale i tym razem wstał. Wszyscy byli pod wrażeniem waleczności Sakuraia, który po walce był pewny wygranej. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów Mamed po ostatnim gongu ciężko oddychał i nie było pewne kto jest zwycięzcą tego pojedynku. Ostatecznie sędziowie orzekli, że walka nie jest rozstrzygnięta, a to oznaczało, że pas KSW pozostaje u Mameda Chalidowa.

Trochę ponad pół roku później Mamed odbył swoją obecnie ostatnią walkę poza Polską. Ponownie Japonia i ponownie przeciwnik z Kraju Wiśni, którym był Sasaki Yuki. Nie był to trudny pojedynek dla Chalidowa, który przez techniczny nokaut po ciosach pięściami pokonał zawodnika gospodarzy. Niedługo po tym pojedynku Mamed oddał pas KSW w kategorii półciężkiej, ponieważ zszedł do średniej i musiał zrzec się bronionego pasa. Konfrontacja postanowiła jednak na dłużej pozostawić Mameda w swoich szeregach, zapewniając mu coraz bardziej wymagających przeciwników. Jednym z warunków przy podpisywaniu kontraktów, były wcześniejsze występy zawodnika w UFC. Na pierwszy ogień miał pójść Matt Lindland, jednak kontuzja zmusiła organizatorów do szukania innego przeciwnika, którym ostatecznie okazał się James Irvin. Mało brakowało, a i do tego pojedynku by nie doszło, ponieważ w dniu oficjalnego ważenia, Amerykanin o 4 kilogramy przekroczył limit. Mamed był jednak żądny walki i zgodził się przystąpić do pojedynku. Nie trwał on długo i po trochę ponad pół minucie walki cięższy od Mameda zawodnik poddał pojedynek, po dźwigni na łokieć założonej w świetnym stylu przez Chalidowa. Po tym pojedynku, przyszła jednak kolei i na Linlanda. Doświadczony zapaśnik, który w CV ma występ na Igrzyskach Olimpijskich w Sydney musiał wzbudzać respekt i to o nim mówiono, że będzie najcięższym przeciwnikiem Chalidowa. Okazało się jednak, że to Chalidow będzie śnił się po nocach Amerykaninowi. Duszenie gilotynowe jakie założył nasz bohater rywalowi, sprawiło, że ten stracił przytomność i gdy się obudził chciał dalej walczyć, nieświadomy tego co się przed chwilą wydarzyło… Trzecim przeciwnikiem w 2011 roku był kolejny Amerykanin ze sporym doświadczeniem w MMA, Jesse Taylor. Zaprezentował się dużo lepiej niż jego poprzednicy i bardzo długo zrywał wszystkie uchwyty jakie serwował Khalidov. Ostatecznie jednak przegrał przez dźwignię na kolano. Mamed szedł jak czeczeńska burza!

12. maja 2012 roku na KSW 19 w Atlas Arenie w Łodzi rywalem naszego zawodnika był Rodney Wallace, a więc kolejny „były UFC”. Po tych wszystkich czarach w ringu jakie ostatnio wyczyniał Mamed, faworyt mógł być jednak tylko jeden. Nie zawiódł. Jakby w założeniu na tą walkę było trafić Wallec’a kopnięciem lub uderzeniem z ręki, bo nie doszło w tym pojedynku do walki w parterze – nawet mimo faktu, że Wallach raz obalił Khalidova, gdy ten leżał na plecach, jego rywal pozwolił mu wstać, czując, że większe szanse ma w stójce. Jakże strasznie się mylił. Opuszczona lekko lewa ręka rywala Mameda, została przez niego zauważona. Nie został już jednak zauważony przez Wallace’a cios, który jak torpeda uderzył w szczękę Amerykanina. Absolutnie nokaut wieczoru, po którym znokautowany zawodnik zrobił się cały „sztywny” i nie wyglądało to przyjaźnie dla oka. Dużo lepiej prezentował się za to widok Mameda unoszącego ręce w geście zwycięstwa.

Tą walką Mamed Chalidow (lub Khalidov, jak kto woli) publicznie wyraził chęć walki w Stanach Zjednoczonych. Jednak już nie podczas drugoligowych gal typu EliteXC. Padła nazwa UFC. Polski Czeczen jest obecnie w życiowej formie, jeśli ma powalczyć w klatkach tej największej na świecie federacji, to nadszedł na to idealny moment. Z najświeższych danych, które dotarły dosłownie przed kilkoma dniami do opinii publicznej, wynika, że Dan White, a więc prezydent UFC zaproponował Mamedowi śmieszne, jak na niego warunki. Negocjacje nie zostały zerwane, więc tylko kwestią czasu jest kolejna oferta. Takiego fightera chce mieć bowiem w swoim fightcardzie każda gala, a takiego człowieka, który emanuje skromnością, a w jego oczach widać ciężką przeszłość, chce oglądać każdy widz na świecie. Jakkolwiek nie zakończy się sytuacja z UFC, Mamed już zyskał sobie kibiców, którzy nie opuszczą go do końca jego zawodowej kariery. Oto historia „Wolnego Czeczena” Mameda Khalidova. Lub Chalidowa – jak kto woli.

NaStadionach.pl to miejsce łączące serwis informacyjny zawierający newsy i relacje piłkarskie ze społecznością kibiców online. Dodatkowo jako jedyne medium w Polsce, piszemy dla Was o australijskiej lidze piłkarskiej: A-League!

Granice.pl
Sympozja.pl
Przekleci.pl
Wwpol.com
Lubiegrac.pl
Playstationteam.pl

W sprawie oferty reklamowej prosimy kontaktować się reklama@nastadionach.pl